Zgromadzamy się w imię Pana Jezusa Chrystusa. Mt 18,20

 

Cześć.
    Mam na imię Monika i mam 34 lata. Chcę opowiedzieć Wam, jak to się stało, że uwierzyłam Bogu i że Jezus Chrystus stał się moim Panem.

    W mojej rodzinie tematy religijne nie były jakoś szczególnie poruszane. Do kościoła chodziło się „od święta”, tak jak to najczęściej bywa w „tradycyjnej” polskiej rodzinie. Chrzest, pierwsza komunia, bierzmowanie – wszystko tak, jak należy...
    Jako nastolatka, prowadziłam dość imprezowe życie – zabawa, wszelkiego rodzaju używki. Wiem, że swoim postępowaniem dokładałam zmartwień mojej mamie, która zmagała się z problemem alkoholowym taty. Ja jednak nie przejmowałam się tym, ale robiłam to, na co miałam ochotę. Jako dorosła kobieta mogę otwarcie powiedzieć, że miałam problem z różnymi uzależnieniami, ale wtedy nie traktowałam tego jako uzależnienia, ale jako „wolność”.

Witajcie Czytelnicy/Czytelniczki!

 

Nazywam się Magda West i chciałabym wam opowiedzieć jak to się stało, że dziś Jezus Chrystus jest moim Zbawicielem, moją skałą, moją nadzieją i moim Przyjacielem. Naprawdę tak jest! Ale nie zawsze tak było...

 

Wychowałam się w tradycyjnej rodzinie katolickiej, gdzie” chadzało” się do kościoła. Z lekcji religii oraz od babci, uczyłam się, że jest Wszechmocny Bóg, który stworzył świat i człowieka. Bóg, który za dobre uczynki wpuszcza do nieba, za złe śle do piekła. Swoim dziecięcym sercem wierzyłam, że Bóg istnieje.

 

Katechetka na lekcji religii, przygotowujących nas do I Komunii Świętej, powiedziała, że modlitwa to rozmowa z Bogiem, i że oprócz wyuczonych modlitw powinniśmy modlić się do Niego swoimi słowami. Tak też robiłam. Przygotowując się do I komunii miałam za zadanie nauczyć się na pamięć 10 Przykazań. Przed pierwszą spowiedzią natomiast, mieliśmy zrobić sobie „rachunek sumienia” według tych 10 przykazań, czyli pomyśleć, które przekroczyliśmy. A ja będąc sumienną uczennicą, bardzo się do tego zadania domowego przyłożyłam. I tu zaczęło mi się coś nie zgadzać. W tym momencie, w mojej 8-letniej głowie „zapaliła się czerwona lampka”. Wersja katolicka 10-tego przykazania brzmi: „Ani żadnej rzeczy , która jego jest”. Zastanawiałam się wtedy, jak może ktoś przekroczyć to przykazanie, skoro tu nie ma żadnego nakazu???

„Kim jestem?” - to bardzo dobre pytanie. Ale zanim udzielę na nie odpowiedzi, najpierw odpowiem na inne pytanie: „kim byłem?”

       Byłem najzwyczajniejszym w świecie dzieckiem, wychowanym w wierze w Boga. Wersja, co prawda, katolicka, niemniej byłem uczony, że Bóg istnieje, że widzi wszystko co robię i że kiedyś mnie z tego rozliczy.

       W miarę dorastania coraz mniej chodziłem na msze i coraz bardziej „oddalałem się od Boga”, aż w pewnym momencie przestałem w ogóle wierzyć, że jakikolwiek Bóg istnieje. Życie bez Boga zdawało się lepsze, łatwiejsze. Bez dodatkowych zakazów i nakazów, bez tracenia w niedzielę czasu na jakieś bezsensowne „banialuki”. I tak sobie żyłem, nie przejmując się grzechem, bo przecież skoro nie ma Boga, to nie ma też grzechu. A już na pewno nie ma żadnego piekła. Wiadomo – piekło wymyślono tylko po to, żeby straszyć niegrzeczne dzieci. Oczywiście nic bardziej mylnego, ale tak właśnie wtedy myślałem.

W Psalmie 14, w 1. wersecie czytamy:

       Głupi powiedział w swoim sercu: Nie ma Boga...

To właśnie byłem ja – ten głupi. Pomimo tego, że wszędzie dokoła widać rękę Boga, ja tego nie dostrzegałem. I takich jak ja było dokoła mnie pełno! Wszyscy, których znałem, albo nie wierzyli w Boga, albo mieli na Jego temat jakieś dziwne, nie wiadomo skąd zaczerpnięte, teorie. Jak dla mnie wszystkie religie były takie same – jedna wielka ściema. Na równi stawiałem Boga wciskanego mi od dzieciństwa, Allaha, Buddę czy też Latającego Potwora Spaghetti. Wszystko było wymyślone i tylko naiwni i nawiedzeni dawali sobie te bajeczki wciskać.   

Nazywam się Natalia Barszczyk, mam 19 lat i pochodzę z Wąbrzeźna. Urodziłam się i dorastałam w rodzinie rzymsko-katolickiej. Praktycznie co niedzielę byłam w kościele, czy to z rodzicami czy z dziadkami, ale jakoś sama nie garnęłam się do zagłębiania się w tradycję i czy faktycznie jest ona zgodna z Biblią. Chodziłam do kościoła i byłam katoliczką, ponieważ cała moja rodzina od początku wychowywana była w tej religii.

Jeszcze 3 lata temu nie myślałam o zbawieniu jako czymś ważnym, nie bardzo chciałam zagłębiać się w wiarę i w to co będzie ze mną po śmierci. Moje życie było dobre i wygodne, to co mówił kościół katolicki, czyli różne święta i obrządki nie były dla mnie jakimś problemem, traktowałam to jako część mojego życia, nie myśląc w tym wszystkim o zbawieniu duszy.